Nie możesz pisać nowych wątków Nie możesz odpowiadać w wątkach Nie możesz zmieniać swoich notek Nie możesz usuwać swoich notek Nie możesz głosować w ankietach
Zawsze uważałam się za dobrą matkę. Gdyby ktoś wcześniej powiedział mi, że swoim postępowaniem wyrządzam krzywdę mojemu dziecku, obraziłabym się śmiertelnie i na pewno nie uwierzyłabym. Dziś nie mam wątpliwości, że nieświadomie krzywdziłam synka, choć przez cały czas bardzo go kochałam i wszystko zrobiłabym dla jego dobra. Z perspektywy lat określiłabym siebie jako matkę wtedy o tyle może nietypową, że ciągle pełną wątpliwości co do słuszności stosowanych metod wychowawczych. Te zaś niczym szczególnym nie rożniły się od znanych mi z dzieciństwa ani od powszechnie stosowanych w naszym kręgu kulturowym. Jako dziecko nie doświadczyłam na szczęście przemocy fizycznej i sama też jej nie stosowałam - syn do dziś wypomina mi żartem jedyne siedem klapsów, jakie pamięta z dzieciństwa. Bardzo starałam się wpoić dziecku wszystko to, co sama uważałam za najważniejsze w życiu: uczciwość, odwagę, prawdomówność, szlachetność, zdolność do empatii. Widziałam jednak, że te moje dydaktyczne wysiłki synek lekceważył sobie najwyraźniej jako "trucie" - często irytował mnie i smucił jego znudzony wyraz twarzy.
Wychowanie dziecka jest bardzo trudna sztuka. Niestety nigdzie tego nie mozna sie nauczyc, a porzywdzone przez swych rodzicow dzieci wyrastaja na "despotow" i kolo sie zamyka.